Na polskim targowisku piłkarskim ,towaru” nie brakuje, ceny są wystawione, tylko jakoś kupujących nie widać. W takich sytuacjach prawdziwy handlowiec zwykle obniża cenę, by zaczął się ruch w interesie. Ale tu ceny wzięte z księżyca nie chcą drgnąć nawet o drobny milionik, marek oczywiście. Może dlatego, że w tym roku poziom cen na rynku zaczął wyznaczać Turek Sabri Bekdas, który zdaje się być biznesmenem z dziurawą kieszenią, z której dawno już pieniądze wypadły. A po zaszyciu jej jakoś nikt zasobów finansowych Turka uzupełnić nie chce.
Powodów aż tak dużego wzrostu cen zawsze można znaleźć kilka. Do wyobraźni przemawia zarówno silna złotówka jak i sukcesy polskiej reprezentacji. Wiadomo, że bliski już awans do finałów MŚ zadziałał na wyobraźnię zachodnich menadżerów, nie wiadomo tylko dlaczego fakt, że dobrze grają w piłkę Dudek, Wałdoch czy Koźmiński ma wpływać na wartość rynkową gości, którzy w reprezentacji nigdy nie zagrali i pewnie nie zagrają. Kluby, w których tak naprawdę tylko długi są milionowe żonglują na transferowym rynku milionami, których ich działacze nigdy na oczy nie widzieli. Za to ze słyszenia wiedzą, że gdzieś tymi milionami się rynek zasypuje, a oni gotowi byliby coś z tego uszczknąć. I to niekoniecznie przy sprzedaży zawodnika za granicę, bo nieraz zdarzało się, że w obiegu krajowym cena transferowa jest wyższa niż to później ma miejsce, gdy już uda się piłkarza sprzedać gdzieś do Austrii czy Izraela.
Na jakiej podstawie Bekdas twierdzi, że Drumlak wart jest 4,5 ml. marek, tego nie wie nikt. Zresztą podobnie ma się sprawa w przypadku bramkarza Majdana, chociaż ten ma za sobą jakąś tam mikroskopijną przeszłość reprezentacyjną. Bekdas oczywiście może chcieć na dodatek jeszcze gwiazdkę z nieba, co nie znaczy, że ta na czoło ,uzdrowiciela” (!) polskiej ligi spadnie. Znamienny jest tu przykład wyceny umiejętności i wartości Mięciela z Legii. Na polskim rynku legioniści też wyceniali go na jakieś 4 mln marek, tymczasem Niemcy z Borussii Moenchengladbach i owszem zapłacili za ,Miętowego”, ale 500 tys. marek za wypożyczenie. Z transferem się nie spieszą, bo fakt że legionista strzelił kilka bramek w polskiej lidze nie świadczy od razu o tym, że jest napastnikiem klasy europejskiej.
W ubiegłym roku Dynamo Kijów dawało za Kałużnego 2 mln. dolarów. Suma całkliem atrakcyjna, ale jak się okazało nie dla Wisły. Przynajmniej tak to wyglądało, gdy Dynamo kupować chciało. Wisła po przeanalizowaniu sytuacji potem sama zgłosiła się do klubu znanego z aren Ligi Mistrzów, ale nie było już mowy o ubijaniu jakiegokolwiek interesu. W Dynamie hołdują bowiem zasadzie, iż dobry interes, to szybki interes. Wiśle pozostały więc już tylko wspomnienia po pieniądzach, które rzeczywiście można było zarobić. A dziś do klubu zgłasza się i owszem kilku menedżerów, którzy chcą ,Tatę” sprzedawać, tylko jakoś kupców znaleźć nikt nie potrafi. Zbyt silna złotówka poprzewracała niektórym ludziom w głowach, co nie znaczy, że jest w stanie przewrócić polski rynek futbolowy. Bo w rzeczywistości siła złotego wygląda mniej więcej tak jak i siła krajowej ligi.
Autor artykułu: Janusz KOZIOŁ