O 100 proc. wzrosły opłaty targowe na bazarze Stara Sandecja w Nowym Sączu, gdzie teoretycznie nie powinno już być żadnego handlu. Kupcy, którzy tam jeszcze się uchowali, a nawet cudownie rozmnożyli, twierdzą, że magistrat chce ich wykończyć ekonomicznie.
Protestuje Ryszard Nowak z zarządu, tłumacząc, że to wewnętrzna sprawa między nimi, a spółką Dragon, dzierżawcą placu, którego też już tam nie powinno być. Od piątku za metr kw. żwiru na Starej Snadecji zamiast 2 zł trzeba zapłacić 4 zł. Za budę opłata skoczyła z 200 do 450 zł. Natomiast kawałek ławy (2,5 m) podrożał do 15 zł dziennie.
- Postawiono nas pod murem, musimy płacić, bo nie mamy gdzie się wynieść – skarżą się kupcy.
Ci sami inkasenci przychodzą do nich po pieniądze, ale na kwicie zamiast nazwiska dzierżawcy Marka Kądzielawy pojawiała się spółka ,Dragon”, którą pan Marek zawarł z kuzynem jednego z członków Zarządu Miasta.
- W ratuszu obiecano, że do 25 maja uregulują handel na Starej Sandecji na nowych zasadach i dadzą nam trochę czasu – mówi Barbara Polak, która sprzedaje używaną odzież. Czeka na otwarcie Hali Przełom przy ul. Kopernika.
Prosili magistrat o parę miesięcy zwłoki z przeprowadzką. Chcieli się na piśmie zobowiązać, że usuną się dobrowolnie ze Starej Sandecji w dniu sprzedaży lub rozpoczęcia przetargu na ten ostatni, duży plac w centrum Nowego Sącza. Zabezpieczeniem dla miasta miał być weksel in blanco na 10 tys. zł od każdej budy.
Zamiast odpowiedzi Zarząd nałożył na spółkę ,Dragon” przewidzianą umową dzierżawy karę w wysokości 500 proc. dotychczas płaconego czynszu, a spółka, naturalnie, ,podzieliła się” kosztami z handlarzami.
- To była jedna z setek propozycji, która się pojawiła – mówi o ofercie kupców Ryszard Nowak z Zarządu Miasta. Przypomina, że 29 lutego wygasła i tak przedłużona umowa dzierżawy placu. Do końca lutego spółka ,Dragon” miała go zwrócić gminie, przywracając temu miejscu pierwotny wygląd. Gdy tak się nie stało, dzierżawcy wlepiono karę. Spółka ,Dragon” zalega w Urzędzie Miasta na 69 tys. zł.
- Przecież nie sprowadzę buldożera i siłą nie usunę kupców z placu, muszę mieć sądowy nakaz eksmisji – mówi Marek Kądzielawa, przyznając, że przerzucił karę na kupców, choć nie w takim wymiarze, jakby należało. Kądzielawa uważa, że handlarze wytrzymają podwyżkę i dziwi się, że ratusz chce udusić kurę, która znosi złote jaja.
- 36 tysięcy złotych miesięcznie za 30 arów, czyli 4,2 miliarda starych złotych rocznie, na czym innym miasto tyle zarabia? – pyta przedsiębiorca, który na Starej Sandecji zrobił interes życia.
Wydawało się, że dyżurny temat handlu na Starej Sandecji skończył się, ale według znawców on się dopiero zaczyna. Zdaniem Ryszarda Nowaka na placu zostało już tylko 13 podmiotów gospodarczych, dla których zabrakło miejsca w Pasażu Grodzkim, tymczasem gołym okiem widać, że handlujących jest dużo, dużo więcej. Prawda jest taka, że po powstaniu hipermarketu real sklepy w Nowym Sączu padają jeden za drugim. Detalistom opłaca się jedynie handlować na placach i efekt jest taki, że na Starej Sandecji zamiast ubywać, przybywa sprzedawców. Tymczasem władze ani myślą dłużej tolerować budy i kramy w sercu, aspirującego do Europy miasta. Niestety, pierwsza próba sprzedaży Starej Sandecji pod legendarne już centrum administracyjno-hotelowe nie powiodła się, pomimo rozesłania ofert na całą Polskę. Dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że placem interesuje się trzech nowych i ponoć poważnych inwestorów, a jednego to nawet ściągnął pewien parlamentarzysta. Nikt jednak nie kupi placu z setką kramów na karku. A za tymi straganami kryją się żywi ludzie, nieraz wielodzietne rodziny, które utrzymują się z handlu bazarowego iÉ kółko się zamyka.
- Tamta pani, to samotna matka z trójką dzieci, ci państwo mają piątkę dzieci na utrzymaniu – pokazuje Barbara Polak na interesiki sąsiadów.
Ludzie chętnie kupują na bazarze. Fot. Henryk SZEWCZYK
Autor artykułu: (HSZ)